środa, 30 listopada 2011

zwątpienie.

Dlaczego komunikacja sprawia tak duży problem? Rozmowa, użycie słów, ich wypowiedzenie. Ta podstawowa czynność dla niektórych jest tym czym dla mnie dajmy na to… astrologia.  Różnica polega na tym, że ja nikomu nie wadzę swoją niewiedzą. Natomiast nieudaczne porozumiewanie się - owszem.  Nieokreślenie przez druga osobę swoich zamiarów, pragnień, emocji skutkuje samymi kłodami u stóp. Profity z tego liche.  Dlaczego nie potrafimy się porozumiewać?  Czy staliśmy się już tak leniwi? Czy wynika to z naszych obaw? Jeśli tak, to czego się boimy?
Mam wrażenie, że większość z nas zgubiła swoją „ludzkość”.  W tym zabieganiu, dążeniu do bycia perfekcyjnym.  Czy stajemy się masowym produktem dostosowanym do norm unijnych? Bezdusznym tworem korporacyjnego drylu?
A może to egoizm połączony z lenistwem? Być może zwyczajnie nam się nie chce wkładać wysiłku w rozmowę, w wysłuchanie, w zrozumienie drugiej osoby. Wbrew pozorom jest to ciężka praca. Wbrew pozorom wszyscy o tym wiemy. I co? I nic. Świat się toczy, porozumieć się nadal z niektórymi nie można, pomimo usilnych mych próśb. Czasem czuję się jak misjonarz. Odkąd pamiętam, moje czarne owieczki stawiają zaciekły opór. Owe owieczki to z reguły moi amanci. Każdemu niestrudzenie niosę kaganek, rozświetlam, klaruję, przekonuję. Niestety ziarna padają na skały.  Jak każdy misjonarz miewam chwile zwątpienia. Nie poddaje się jednak. Wierzę, że pewnego dnia moje ziarno trafi na podatny grunt. Czy tylko go znajdę? …


poniedziałek, 28 listopada 2011

wietrzny poniedziałek.

Nowy tydzień o dziwo przywitał oślepiającym słońcem. Zaskoczyła mnie ta świetlistość o poranku. Poczułam się trochę jak kret wyrzucony na powierzchnię. W nocy szalał wiatr, wszystko jęczało pod jego naporem. Spodziewałam się deszczu, wiatru i sponiewieranych w błocie liści. Miłe zaskoczenie. Spacerując z psem wystawiałam twarz, łapczywie  i pazernie chcąc pochwycić jak najwięcej promieni.. Na zapas, na jak najdłużej. Słońce - złoty antydepresant. Najlepszy jaki znam, niezawodny. Niestety zimą towar deficytowy.
Dobrego tygodnia.

niedziela, 27 listopada 2011

bez słów.






ten pierwszy raz...?

Tak. Zdecydowałam się pisać bloga. To taka próba sił, cierpliwości i wytrwałości. Czy zdołam? Nie wiem. Czy kogoś zainteresuję tym co mam do powiedzenia? Też nie wiem..
Jeśli jednak znajdzie się jedna osoba, która się uśmiechnie i poprawię jej nastrój - będzie miło..


Paryż.. Siedzi od dłuższego czasu w mojej głowie. Czekam z niecierpliwością na dzień kiedy tam pojadę. Teraz zimno, krótkie dnie. Z drugiej jednak strony - Paryż o świcie przyprószony bielą śniegu.. Kuszące. Tak przycupnąć w małym bistro, gdzieś za rogiem małej brukowanej uliczki.. Jeść delikatnego croissanta, patrzeć na ruch uliczny za oknem. Jest legenda mówiąca o tym, że ów półksiężycowaty wypiek to symbol powstrzymania najazdu Turcji na Europę w XVII wieku. Być może, kto wie..
Potem spacerować ulicami, poznać zapachy.. Odwiedzić  Rue Cambon, gdzie boska Coco prowadziła swój zakład, poczuć się maluczką w obliczu strzelistej wieży Eiffla, podziwiać wystawy, gubić się w gąszczu ulic, ludzi ... Spacerować bez celu, mapy i pośpiechu. Zakochać się...
Mam nadzieję, że dziś znów będę śnić piękny sen o Paryżu..
Dobranoc.