poniedziałek, 9 stycznia 2012

partenogeneza.

Niedzielny wieczór. W zasadzie noc już. Gdzieś mi umknął ten czas. Robiłam tysiąc rzeczy żeby tylko nie myśleć. Nie do końca się udało. Przychodzi moment kiedy trzeba wyhamować, zakończyć dzień. Wtedy następuje czarna chwila - myśli  uwalniają się lawiną. Rozmnażają się, zupełnie jakby ciepło łóżka było inkubatorem. Zanim zasnę dotkliwie czuję jak bardzo bywam samotna. Boli. 
Bywają lepsze i gorsze dni. Dziś jest gorszy.
Może nie trzeba było być tak stanowczą? Może trzeba było nie widzieć? Może teraz  życie nie ziało by pustką? Tylko czy warto? Czy warto giąć kark przed osobami małymi?
Dlaczego trafiam na jednostki zubożałe, niewyposażone w zbiór elementarnych zasad? Oszuści, bawidamkowie, którzy wędrują od jednej do drugiej pani wymyślając coraz to żałośniejsze wymówki. Wygodniccy cwaniacy, królowie logistyki, którzy mistrzowsko przypiszą rolę każdej z pań: u tej jem, u tej śpię, ta się przyda bo ma znajomości, ta jest świetną ozdobą, a ta idealnie  spełnia się po dwudziestej drugiej... Są też wiecznie niezdecydowane klony Piotrusia Pana, kurczowo uczepione maminej spódnicy. Są też osobniki mniej inwazyjne, egzystujące zgodnie z zasadą: jak mnie Panie Boże stworzyłeś, takim mnie masz. Są też oczywiście wieczni poszukiwacze. Nazywam ich producentami bo zachowują się tak, jakby szukali odtwórczyni głównej roli do oscarowego filmu. Nie sposób im dogodzić.
Gdzieś popełniłam błąd, coś mnie ominęło. Coś robię nie tak. Nie potrafię odgadnąć co.

Zaklinam jutro. Kiedyś karta musi się odwrócić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz