czwartek, 1 grudnia 2011

ciało tyranem.

Moje ciało postanowiło przejąć nade mną kontrolę. Chyba uznało, że dalej tak być nie może. Maraton trwający kilka lat to zbyt wymagający dystans, jak się okazało. Doszło do buntu. Walczę, nie poddaję się. Chcę dalej biec na oślep, mało spać, jeść byle jak, pochłaniać litry kawy. Ciało skutecznie mi to utrudnia blokując ruch, sprowadzając do poziomu. Dziś jest dużo lepiej. Z powrotem przejmuję kontrolę. Krok za krokiem, konsekwentnie. Za dużo mam do zrobienia. 
Muszę przyznać, że bardzo bym chciała zawinąć się beztrosko w koc. Leżeć i tylko słuchać odgłosów ulicy. O niczym nie myśleć. Za niczym nie gonić.  To  zasypiać się, to  budzić, drzemać.  Najbardziej lubię ten moment w porze dnia, kiedy  zaczyna robić się ciemno. Noc skrada się powoli a ja leżę i obserwuję,  daję się pochłonąć ciemności. Nie walczę z nią żarówką. 
Niestety na razie nie mogę pozwolić sobie na taki relaks. Mam w głowie nawałnicę pomysłów, porozsiewane zobowiązania, zapuszczone mieszkanie, psa który za mało spaceruje. Może w Święta? To już tylko trzy tygodnie. Wytrzymam.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz