Zegar nie jest moim sprzymierzeńcem. Każdego dnia udowadnia mi swoją wyższość. To on jest moim panem i władcą. To pod jego dyktando żyję. Dlaczego doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny?! A może to ja jestem zbyt pazerna na życie? A może po prostu ... niezorganizowana? Chyba ta druga opcja jest bardziej prawdopodobna. Gdybym uporządkowała ten chaos, wprowadziła konsekwentną systematyczność. Nie potrafię tak. A może nie chcę, nie mam powodów, motywacji. To wszystko wymówki. Boję się. Boję się, że będąc poukładaną, punktualną i zorganizowaną stanę się .... nudną, starą panną. Taką co to ma posegregowane herbaty w szafce, ubiera się stosownie do pogody i waży słowa. A jedynym szaleństwem jest trzepot niesfornej apaszki na wietrze. Czy taka osoba jest gorsza? Absolutnie nie. To tylko ja się boję zmian. Czuję, że nadchodzą i sprawią, że po części stanę się nieco bardziej udomowiona. Inna. Zmiany są jeszcze bardzo, bardzo daleko. Póki co, są to nieśmiałe, ledwo dostrzegalne zwiastuny. Za siedmioma morzami, za siedmioma górami, leżą w powijakach.
Ale gdy już nadejdą. Co wtedy? Może warto spróbować. Zmienić się. Dostosować. Na początek tylko trochę. Nie za dużo. Trzeba oswoić siebie i lęk. Chyba zaryzykuję. Jak już przyjdzie na to pora. Tymczasem nadal mogę pławić się w swoim roztrzepaniu i niepoukładaniu, niesfornej beztrosce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz