czwartek, 15 grudnia 2011

przypływy, odpływy...

Zgubiłam się na moment. Wessał mnie wir, który odbiera czas. Na chwilę, na siłę ale wydostałam się z niego. 
Jaka moc sprawia, że na swojej drodze spotykamy takich a nie innych ludzi? Czy jest to przypadek? Jestem  przekonana, że coś jest po coś... Dlaczego jednak bywamy tak okrutnie traktowani? Pojawia się Ktoś. Powoli, nieufnie oswajam go. Krok po kroku zmniejszam dystans. Po cichu pojawia się zapomniane ciepło. Podkrada się znajome acz wypierane drżenie rąk, szybsze bicie serca, zaróżowione policzki, zagryziona w niepewności warga. Cały ten banał. 
Walka rozumu i serca wciąż się toczy. Dogorywa w zasadzie. Rozum polegnie. Nie powinien, bowiem wszystkie znaki na ziemi i niebie krzyczą, że to się nie powiedzie. Kolejna historia, z której wyjdę pozbawiona chęci ponownego dawania komuś uczuć, śniadania, ust. Po co w to brnę skoro trochę wbrew sobie, doświadczeniu? Liczę, że moc wiary i nadziei jaką mam, unicestwi góry przeszkód. Rozwieje, rozgoni konkurencję. Zapewni mi wymodlone szczęście. Choć na złudną i przykrótką chwilę. Wiem, że cena będzie wysoka. Warto. Dotyk ciepłej dłoni, wspólna kawa, spór, nasłuchiwanie miarowego oddechu nocą... Tu nie ma zbyt wysokiej ceny. Czas tak gna, tak strasznie i nieubłaganie przemija... Chcę wyssać każdą chwilę. Nie chcę szukać wiatru w polu i szczęścia w świecie skoro mam je w zasięgu ręki. Szkoda tylko, że ja nie jestem tym kogo to moje szczęście szuka. Nie na mnie ma przydział. Pozostaje mi łapczywie kraść chwile, pielęgnować je, świętować. Czekać na słony rachunek. Żałować nie będę, nie mam czego. Darmo nic, darmo nie ma już nic...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz